Frater – prawie jak Diablo
Klonów doskonałego Diablo (czy to pierwszej czy drugiej części) było wiele. Prawdopodobnie nie słyszałem nawet o połowie z nich, nie wspominając o graniu choć chwilkę w owe produkcje. Jedne były udane (niech przykładem będzie znakomity Dungeon Siege i choćby ostatnio wydany Titan Quest, o którym przyjdzie mi jeszcze wspomnieć), inne już mniej (jakoś żaden tytuł nie utkwił mi w pamięci na tyle, aby go tutaj teraz przytoczyć, co w sumie nie jest osobliwością, bo któż rozpamiętuje gry przeciętne…).
Oczywiście Polska jako „potentat” w branży growej również musi mieć swojego przedstawiciela w tym zacnym gronie. Pierwszą próba powalenia świata na kolana podjętą przez Rebelmind była wydany na początku 2004 roku Space Hack. Gra nad wyraz średnia jeśli idzie o techniczną jej stronę, jednak nadrabiała zdecydowanie ponadprzeciętną grywalnością (recenzja: Games Corner # 53, ocena: 6+/10). Ot poprawny hack’n’slash zapewniający dobrą zabawę. Rebelmind nie spoczął na laurach i uderzył po raz drugi premierą Fratera, która to miała miejsce kilka dni temu.
Frater jest w zasadzie klonem Space Hacka, z tym, że z odległej przyszłości miejsce akcji przeniesiono gdzieś w przeszłości. Silnik, ten sam, zasady identyczne, podobna mechanika rozgrywki. Mało tego nawet niektóre dźwięki się powtarzają. Mimo wszystko jakoś specjalnie to nie przeszkadza. Gra się przyjemnie, czas płynie szybko, co w sumie jest najważniejsze. Błędy i buraczki początkowo irytują jednak kiedy wciągnie nas gromienie kolejnych fal potworów z Piekła rodem zapominamy o nich.
Niestety polska produkcja nijak nie może się równać z wiekowym już Diablo 2, który to wyszedł spod ręki ludzi Blizzarda w 2000 roku. Trudno także nie nawiązać przy okazji opisywana Fratera do bliźniaczego Titan Questa. Nasza rodzimy hack’n’slash przegrywa z tą grą na każdym kroku, poczynając od grafiki, przez różnorodność wszelakiego rodzaju gratów do zbierania idąc, aż po wielkość świata i po prostu jakość elementów składniowych. Taka jest prawda. Smutne, że Polska nadal jest wiele lat w tyle za czołówką producentów gier komputerowych. Ale patrząc na to optymistycznie… Frater to naprawdę grywalna gierka… I tej wersji będę się trzymał.
Ja w South Park
Od urodzenia miałem zamiłowanie do gadżetów wszelakich. Buszując ostatnio po naszym Kochanym i Niezastąpionym Internecie trafiłem na ciekawą Flaszową aplikacje. Jest to bardzo proste (jak to zwykle bywa z tego typu Flashami) urządzono do tworzenia postaci na modłę stylu South Park. Z gotowych elementów (usta, kolor skóry, uczesanie, oczy, ubranie) tworzymy całkiem nowy charakter. Możliwości są setki, jeśli nie tysiące. Co prawda nie jest to zabawa na „długie jesienne wieczory”, ale przecież nie po to zostało to-to ustrojstwo stworzone.
Poniżej macie moją podobiznę. Oczywiście proszę traktować ja z dużym przymrużeniem oka. ;)

Nie masz fajnego avatara na forum? Lubisz South Park? Do dzieła. :) Oto link: South Park Sturio 2
Silent Hill – ech, gdyby za film wzięli się Japończycy…
Sądzę iż serii Silent Hill nie muszę nikomu przedstawiać. Co by nie mówić o Japońcach, że skośnoocy, że mali, że w zasadzie wszyscy wyglądają tak samo, że piszą „krzaczkami”, że lubują się w małych dziewczynkach o fioletowych włosach. Oczywiście to jak najbardziej prawda, ale jeśli chodzi o przerażanie, straszenie, wzbudzanie lęku, czy jak tam jeszcze chcecie sobie to nazwać to nasi żółci bracia nie mają sobie równych. Koronnym na to przykładem są właśnie gry o Cichym Wzgórzu (może i być „Milczącym”, sam dokładnie nie wiem) czy osławiony filmowy Ring.
Ostatnio przyszło mi grać w drugą odsłonę tej kultowej serii. O wrażeniach przyjdzie wam jeszcze moi mili za jakiś czas przeczytać. To w tym momencie mało ważne. Ważne jest to, że zaintrygowany tajemniczym miasteczkiem sięgnąłem po film, który to w tym roku trafił na ekrany kin.
Spodziewałem się kolejnej lipnej ekranizacji gry komputerowej w stylu BloodRayne. Podszedłem, więc do tego filmu z niemałym dystansem. Seria Sileni Hill, przez znawców tematu określana jest jako arcydzieło. Całe szczęście moje obawy nie sprawdziły się. Film ten to naprawdę dobry horror. Na uznanie zasługuje przede wszystkim niesamowity design całego miasteczka. Lokacje są bardzo klimatyczne i dopracowane. Nie można nie wspomnieć także o kapitalnym efekcie „Mroku”, który wzbudza autentyczną niepewność i odrazę. Na pochwałę zasługują wszelakiego rodzaju kreatury, choć tutaj raczej nie zobaczymy niczego nowego, wszak są one wyjęte prosto z pierwowzoru, czyli gry. Co by nie mówić, sceny z niejakim Piramidogłowym, są po prostu świetne i zapadają w pamięć. Z resztą ujęć i smaczków, które utkwiły w pamięci w Sileni Hill jest dużo, dużo więcej. Tło muzyczne stanowią znane kompozycje z gry. Jeśli powiem, że muzyka jest przecudowna, nie przesadzę ani trochę. To głównie ona, wespół z dźwiękami i niezwykłymi obrazami buduje tan niesamowity klimat miasteczka.
Mimo wszystko nie mogę oprzeć się wrażeniu, że czasami reżyser (imć Gans) zbyt bezpośrednio traktuje widza. Ciśnie mi się na klawiaturę utarte powiedzonko: „najbardziej boimy się tego czego nie widać”. Gdyby film zrealizowano w myśl tej zasady, cóż, prawdopodobnie byłby to ostatni horror jaki wdziałem. Z moimi słabymi nerwami zawał serca gwarantowany (co w przypadku gry sprawdza się w 100%). A tak mamy naprawdę dobre kino, ale czy ten film zasługuje, aby nosić tytuł Sileni Hill? Pozwolę sobie pozostawiam bez odpowiedzi.
WoW – sukces totalny
World of Warcraft. Któż z graczy, nawet tych, którzy nie interesują się tematem MMORPG nie słyszał o tej produkcji? Co by nie pisać o złotym Dziecku Blizzarda i tak zawsze będzie brzmiało to banalnie, a i pewnie zostało już powtórzone setki razy poczynając na portalach internetowych, poprzez magazyny dla panów, a skończywszy na gazetach pokroju „Poradnika domowego”.
Machina jaką uruchomił Blizzard pod koniec 2004 roku nie tylko nie zwalnia, wręcz przeciwnie, rozpędza się coraz bardziej pochłaniając kolejnych graczy w swoje tryby (a przy tym oczywiście ich ciężko zarobione, tudzież wyżebrane pieniądze). To, że WoW uzależnia wiedziałem; to, że jest najdoskonalszym MMORPG też. Dziś jednak dowiedziałem się rzeczy, które autentycznie jeżą włos na głowie. Jak donosi portal Gry-OnLine (który to z kolei czerpał wiedzę z New York Times) obecnie Blizzard ma zarejestrowanych ponad siedem milionów graczy z aktywnym kontem na całym świecie (w tym dwa miliony to Amerykanie, a ponad trzy miliony to sami Chińczycy). To sporo, ale uwaga, bo teraz będzie najlepsze. Dzięki krwawicy wspomnianego tłumu graczy tylko za ten rok zyski firmy mogą przekroczyć ponad miliard dolarów! I oczywiście tak jak już wspomniałem nic nie wskazuje, aby ten wynik w przyszłym roku miał być gorszy.
Zastanawia przy tym jedna kwestia… Dlaczego Blizzard w końcu nie obniży opłat abonamentowych? Skoro po WoW sięga coraz więcej ludzi, to z pewnością drobna obniżka nie odbiłaby się znacząco na finansach firmy. Jedynym wytłumaczeniem jest to, że ów abonament i tak jest niski… dla obywateli z krajów, gdzie Internet nie jest już nowością, a dobrem powszechnym. Po co Blizzardowi fala graczy z Polski? No właśnie…
Oto jestem…
I stało się. Kiju, idol milionów i bożyszcze ludzi w średnim wieku ma swojego bloga. Jeszcze jakiś miesiąc temu nie traktowałem tego internetowego zjawiska całkiem poważnie. Dopiero kiedy zacząłem czytać dokładniej to co wypisują tam ludzie zrozumiałem, że w tym ustrojstwie drzemie potężny potencjał. Oczywiście nie mniejszym potencjałem dysponować musi i sam autor. I tutaj pojawiam się właśnie ja. Ambitny, zdolny i w ogóle niebanalny młody człowiek. „To nie może się nie udać” – pomyślałem. Owa idea założenia własnego bloga zrodziła się podczas ostatniego weekendu. W jakich okolicznościach? A kogóż mogłoby to obchodzić, ważne, że owy bezsensowny wichajster sieciowy działa, a koncepcja i pomysły siedzą u mnie w głowie i czekają tylko na realizacje.
Komentarze
Komentarze
Komentarze







